Piszę to świadectwo z wewnętrznej uczciwości, mając świadomość podjętych już decyzji administracyjnych. Mam jednak nadzieję, że w przyszłości instytucja Kościoła zechce dostrzec to, co stanowi jej najgłębszy sens: autentyczną, żywą więź pasterza z powierzonymi mu ludźmi. Mój głos nie płynie z emocjonalnego uniesienia, lecz z realnego bólu i niezrozumienia. Posługa ks. Grzegorza Szczygła ma dla mnie wagę ocalenia. Pomijam w tym miejscu jego niezaprzeczalne zasługi gospodarcze i organizacyjne – pragnę opowiedzieć o wymiarze, którego nie ujmują żadne statystyki. Mam na imię Magda. Przez ponad trzy dekady funkcjonowałam z efektami głębokiej traumy i krzywdy, której doświadczyłam jeszcze w dzieciństwie. Te rany pociągnęły za sobą dramatyczne skutki – wieloletnią bulimię, stratę dziecka, nieudane małżeństwo. Mój dramat ulegał pogłębieniu tam, gdzie powinnam znaleźć ratunek – w konfesjonale. Spotkałam się tam z niezrozumieniem i bolesnym mechanizmem przerzucania odpowiedzialności za wyrządzone mi zło na mnie samą, słysząc: „wróć, jak będziesz mogła przystąpić do spowiedzi”, „już dość tych lamentów”. Trwałam w Kościele siłą woli i intelektu, poczuciem osoby odrzuconej, nieprzystającej, skazanej na życie bez Eucharystii, szukając miejsca w innych parafiach. Do momentu, gdy na naszym osiedlu, zwykłym blokowisku przy Cegielnianej zamieszkał chrystusowy, wierzący kapłan. Doskonale pamiętam ten moment zwrotny. To ks. Szczygieł nazwał mój stan, używając pojęcia „nieumarła” – wypowiedzianego jednak z czułością, współczuciem i miłością. Jego słowa zaprzeczyły zniekształconej teologii, w którą kazano mi wierzyć przez lata. Ks. Grzegorz leczył Ewangelią – czytaną, głoszoną i osobiście przeżywaną. To przez jego duszpasterską mądrość ocalił mnie Chrystus. Ks. Szczygieł zrobił to, co powinien robić każdy kapłan: dostrzegł nas, owych „nieumarłych”, przywrócił nam godność i przypomniał, że w naszym cierpieniu obecny jest Bóg. Znalazłam w sobie siłę, by na nowo poukładać swoje życie. Odnalazłam w nim kapłana z ludzką twarzą, intelektualnego partnera, który wprost powie potykającemu się: „najwyżej się nie uda, spróbujesz jeszcze raz”. Z odwagą i chrystusową wrażliwością dostrzega ludzi na marginesie wspólnoty – osoby zagubione, po trudnych przejściach, zmagające się z tożsamością. Zamiast faryzeizmu i kościelnej polityki, oferuje im przestrzeń bezwarunkowego przyjęcia.
Dlatego ks. Szczygieł zajmuje w moim sercu, a także w modlitwach naszej Wspólnoty Matek w Modlitwie, chronioną przestrzeń głębokiego szacunku. Otaczamy go duchową troską z równą konsekwencją, z jaką on pochylał się nad naszymi zranieniami. Odejście takiego duszpasterza pozostawia wyrwę, której w żaden sposób nie wypełni administracyjny dekret o nowej nominacji. Przesyłam to świadectwo głęboko wierząc, że doświadczenie uratowanego ludzkiego życia nie zostanie w Kościele zbyte milczeniem.
Magda Szumiec, parafianka, przyjaciel, członek wspólnoty Matki w Modlitwie