Trafiłam do tej parafii rok temu w bardzo trudnym momencie życia – w trakcie dużych problemów rodzinnych i trudnych doświadczeń, które mnie przygniatały.
Kiedy zobaczyłam księdza Grześka, pomyślałam, że potrzebuję z nim porozmawiać. Udało mi się umówić na rozmowę i... po raz pierwszy ktoś w Strukturach Kościelnych naprawdę mnie wysłuchał i spróbował zrozumieć (wiele osób słucha, ale nie chce rozumieć). Potrafił nazwać to, o czym opowiadałam, w prosty i jasny sposób. Po raz pierwszy poczułam, że moje doświadczenie jest realne i ktoś je widzi. W trakcie rozmowy rozpłakałam się – to tak jakby moje serce dostało w końcu zgodę, żeby naprawdę zapłakać nad tym, co się wydarzyło.
Na koniec ksiądz zaprosił mnie tak po prostu, na luzie, na spotkanie wspólnoty – mogłam przyjść, kiedy chcę i jak chcę, bez presji. Zajrzałam tam i zobaczyłam prostą, nieformalną wspólnotę, która jednak żyje Bogiem w taki zwykły sposób. Pomaga to odzyskać prostotę wiary i złapać trochę dystansu do formalizmu, który czasem pojawia się w większych strukturach. Zadziwia mnie też, że w tym swoim luzie naprawdę mają gorące serca, by służyć parafii. Mnie samą ich sposób funkcjonowania wyrywa z moich utartych ścieżek. Pokazuje, że w Kościele można żyć inaczej – prosto i na luzie.
Od tamtej pory czasem przychodzę – podzielić się Słowem, posiedzieć przed Najświętszym Sakramentem i porozmawiać przy herbacie. Nic nie muszę, ale do wszystkiego jestem zaproszona. A Bóg... powoli na nowo stawia moje życie na nogi.
Nie znam całej parafii, ale widzę, że ksiądz Grzesiek ma wielkie serce dla ludzi poranionych i trochę pogubionych. Zbiera rozbitków i daje im miejsce, by mogli powoli wracać do życia i do Boga. Prostota tego zadziwia, bo właśnie tak robił Jezus w Ewangelii: zbierał tych, co się źle mają.
Ewa