Kiedy myślę o minionych blisko czterech latach posługi ks. Grzegorza w naszej parafii przypomina mi się nasza pierwsza rozmowa po objęciu przez niego urzędu proboszcza. Powiedział mi wtedy: "widzę człowieka - myślę jak zaangażować go w parafii". I to chyba najpełniej oddaje styl jego duszpasterstwa - troska o to, by ludzie nie tylko byli w kościele, ale znajdowali we Wspólnocie Parafialnej miejsce wzrostu, rozwoju, dzielenia się swoimi talentami.
Ze mną nie było pod tym względem łatwo. Jestem byłą siostrą zakonną i moje odejście ze zgromadzenia (mimo jak chcę wierzyć dobrej woli z obu stron) naznaczone było dużym cierpieniem zarówno psychicznym jak i duchowym. Nawet po kilku latach od tego momentu doświadczenia z nim związane wpływały znacząco na moje życie. Ksiądz Grzegorz bardzo szybko został moim stałym spowiednikiem, towarzyszył mi zarówno kiedy podejmowałam decyzję o podjęciu psychoterapii, jak i w całym trudnym procesie zdrowienia. Wiedział, kiedy zasugerować mi, że rzeczy o których mówię na spowiedzi powinnam omówić też z terapeutką, potrafił mądrze prowadzić mnie przez uznanie doznanej krzywdy i towarzyszące temu uczucia, pomagał odkłamywać mój obraz Boga oraz mnie w Jego oczach. Nie wahał się nazywać rzeczy po imieniu, nie zatrzymywać sie na pobożnych frazesach, nie zakłamywał i nie usprawiedliwiał rzeczywistości. A przez to wprowadzanie mnie w przestrzeń prawdy pomagał na nowo zaufać.
Jednocześnie w spotkaniach w parafii zapraszał mnie do włączenia się w jej życie, do podejmowania coraz nowych aktywności, odkrywania darów jakie są we mnie i sposobów, w jakie mogę nimi obdarowywać innych. W ten sposób stopniowo wrastałam w tutejsze środowisko, budowałam relacje, przyjaźnie. Uczyłam się, że wbrew temu, w co nauczyłam się wierzyć, to co mogę dać jest dla innych wartościowe, może ich ubogacać, dawać radość. Że ja, jako człowiek jestem ważna i mogę być dla innych darem. Uczył mnie także rozsądnej troski o siebie, tego, by nie tylko dawać ale i przyjmować. Wiele z mądrych zdań, jakie od niego usłyszałam będzie jeszcze długo mi towarzyszyć.
Jest jeszcze jeden wymiar, w którym był dla mnie wielkim świadkiem. Jest to przestrzeń modlitwy. Modlitwy liturgicznej, uwielbienia na Młodym Winie, słuchania i dzielenia się Słowem Bożym, muzyki... Ale przede wszystkim przestrzeń modlitwy osobistej. Kiedyś przyznałam mu się, jak bardzo brakuje mi po odejściu z klasztoru kaplicy. Powiedział mi wtedy, że jest kaplica w domu parafialnym i że mogę tam zawsze przyjść. Jednocześnie prosił o modlitwę za parafię. I bardzo szybko odkryłam, że osobą, która w kaplicy spędza najwięcej czasu jest on sam. Tam rodziły się głębokie kazania, projekty duszpasterskie, działalność kolejnych grup parafialnych. Na kolanach, przed Najświętszym Sakramentem.
A o bogactwie inicjatyw, działań, projektów, grup nie sposób wręcz pisać, bo można nie skończyć. Najlepiej świadczy o tym fakt, że w domu parafialnym zwykle nie da się znaleźć salki na spotkanie, bo wszystkie są zajęte przez inne grupy.
Jest dla mnie bardzo bolesne, że tracę najlepszego przewodnika duchowego jakiego dane mi było spotkać w życiu i jednego z najwybitniejszych duszpasterzy, z jakimi się zetknęłam. A za dar jego posługi pragnę Boga uwielbiać i Mu dziękować.
Katarzyna Wojnarska, Wspólnota Młode Wino